-
Szukaj
Szukanie zaawansowane

Kiedy ulica przekracza próg


Warszawa - Parada Równości przy ul. Marszałkowskiej, fot. gdziebylec.plPrawie całe życie mieszkam przy głównych, śródmiejskich ulicach. Ostatnio ze zdziwieniem odkryłem, że moje wspomnienia z dzieciństwa i postrzeganie przestrzeni publicznej jest przez to zupełnie inne, niż tych członków mojej rodziny, przyjaciół, klientów, którzy spędzają czas wolny na peryferyjnych osiedlach, w domach z ogródkiem, czy nawet w Śródmieściu, ale w zacisznym zaułku lub przy mało uczęszczanej ulicy. Zabawnie wyglądają spotkania z innymi mieszkańcami kamienic i bloków przy szerokich, tętniących życiem arteriach, gdy odkrywamy wspólne odruchy na sygnał karetki, klaksony zwiastujące narastający korek, albo rytmiczne okrzyki tłumu. Hubert, który dzieciństwo kojarzy z domem jednorodzinnym, a nie z kamienicą, śmieje się z Maćka, bo ten, pierwsze, co robi rankiem, to wygląda przez okno.

Ulica to odwieczna przestrzeń profanum. Obecna w języku, przysłowiach i związkach frazeologicznych zazwyczaj jako zagrożenie, bieda, porażka, upadek, niebezpieczeństwo. Ludzie wychodzą na ulicę, aby protestować przeciw niesprawiedliwości. Gdy pozbawione opieki dziecko wychowuje ulica, całkiem możliwe, że skończy bez środków do życia, pod mostem, a gdy się stoczy, to i w rynsztoku. Niekoniecznie jako wyrzucona na bruk, niepłacąca czynszu ulicznica. Prawie każdy element przestrzeni ulicznej ma jakieś negatywne konotacje: ideał najpierw szoruje po trotuarze, potem sięga bruku, by w końcu z deszczu wpaść pod rynnę. Wszystko, co za świętym progiem naszego intymnego, przytulnego świata, to przeklęte pole niczyje. Już Mikołaj Rej proponował na bramach umieszczać sentencję: Kto tu jedzie tymi wroty, zostaw w polu kłopoty. Nic dziwnego, że próg, okno i drzwi stały się granicą o charakterze religijnym, etnologicznym i antropologicznym, skoro na zewnątrz czaiło się obce, inne, tajemnicze, nieznane, jednym słowem: zło.

Warszawa - zamieszki podczas Święta Niepodległości 2011, fot. gdziebylec.plAle dziecku, póki nie zgromadzi własnych przykrych doświadczeń, ulica jawi się niczym obietnica przygody, droga do Wyspy Skarbów, okno na świat. Najwygodniej, gdy to okno jest na tyle wysoko, co najmniej na pierwszym, drugim piętrze, by dawało poczucie swobody obserwacji ponad głowami tych, którzy nie powinni wiedzieć, że są obserwowani. Ale też na tyle nisko, by dostrzec przez nie szczegóły ulicznych wydarzeń i oczywiście móc rzucić klucze, pieniądze, sweter i dokumenty, gdy zapominalskim członkom rodziny „nie opłaca się” biegać po schodach, tam i z powrotem... Okno podwójne, skrzynkowe, kamieniczne powinno mieć w zestawie poduszkę i dyżurne krzesło do klęczenia obok. Jako punkty obserwacyjne najbardziej nadają się okna narożne i wykuszowe, bez zasłaniających widok, wystających gzymsów i daszków.

Jak życie na wsi wytyczane jest przez pory roku i święta religijne, tak życie śródmiejskiej ulicy pulsuje zgodnie z kalendarzem naprawdę osobliwych „iwentów”. Przeszkadzają one prawie wszystkim – kierowcom i służbom, białym kołnierzykom pędzącym do pracy, antyklerykałom, samotnikom, przedpołudniowym śpiochom i fanom poobiedniej drzemki, tetrykom, melomanom i młodym matkom usypiającym niemowlęta. Prawie wszystkim... dorosłym, bo dla dzieci frajda to niesłychana, gdy pielgrzymka śpiewa z rana :)

Wspomniałem już o atrakcyjności korków ulicznych, ale to najpowszedniejszy rytuał oglądany z okna. Rzadziej zdarzają się spektakularne wypadki i stłuczki, manifestacje związkowców, rowerowe Masy Krytyczne, marsze kiboli, Parady Równości. Święta kościelne dostarczają procesji (Boże Ciało; niestety Babcia zabraniała mi wywieszania w oknie dywanika z wizerunkiem Pana Jezusa) i wieczornych nabożeństw (Droga Krzyżowa), święta państwowe – pochodów. W PRL hitem był prawie już zapomniany 1 maja, z chorągiewkami, gołąbkami, reprezentacjami szkół i zakładów pracy, trybuną pozdrawiających tłum kacyków i smrodem spalin floty samochodów strażackich i milicyjnych, którą wówczas nazywano szumnie „kolumną transportu”. Mimo że zdarzały się majowe pochody obsypane śniegiem, władze polubiły wiosnę – teraz w oknie warto posiedzieć 2 maja (Dzień Flagi RP, akcja „Orzeł może”), w Święto Konstytucji 3 maja i w pierwszą sobotę po 9 maja – unijnym Dniu Europy, który zastąpił na naszej długości geograficznej radziecki Dzień Zwycięstwa. 

Wiosną najbardziej interaktywny był kiedyś śmigus-dyngus. Od siódmej rano lało się garnkami (raczej wodą, ale czasem i garnek wyleciał...) watahy wyrostków zbiegające się na staromiejskie bitwy. Okna i balkony niższych kondygnacji nie stanowiły w tym dniu zbyt wyraźnej granicy oddzielającej sacrum domowego ogniska. Uliczni profani skuteczni gasili je wodą z woreczków foliowych, pękających po zderzeniu ze ścianą lub podłogą.

Warszawa - prawie uśpiona ul. Marszałkowska z widokiem na warszawskie wieżowce, fot. gdziebylec.plPrzebój lata to piesze pielgrzymki do Częstochowy i ten jedyny w swoim rodzaju moment, gdy do uszu półśpiącego siedmiolatka dobiegały pierwsze dźwięki piosenki z ręcznych megafonów. Biegłem jak oszalały do mojego okna, a zza winkla, na skrzyżowaniu ukazywali się najpierw porządkowi z kolorowymi chorągiewkami, a po chwili ukwiecona tabliczka z nazwą parafii i grupa rozśpiewanych, umęczonych, lecz uśmiechniętych, Maryjnych obieżyświatów. W oknach okolicznych kamienic ukazywały się rozczochrane głowy zaspanych sąsiadów, ktoś rzucał kwiaty z balkonu, ktoś machał ręcznikiem, wracając do porannego golenia. Nie było siły, która by mogła mnie oderwać od tego seansu. Z wysokiego trzeciego piętra nie wstydziłem się machać do wszystkich grup i wyławiać wzrokiem te osoby, które spoglądały w górę, by pozdrawiać obudzonych mieszkańców Śródmieścia. Muszę przyznać, że pozdrawianie pielgrzymów na dole, z chodnika, nie miało takiego uroku, co z perspektywy mojego okna na świat.

Sporadycznie zdarzają się kondukty pogrzebowe i żałobne marsze milczenia, które dzieci przeżywają mocniej, niż dorośli. Zdecydowanie ciekawsze są jednak zamieszki, zorganizowane protesty i manifestacje, na które zjeżdżają bojówki z różnych miejscowości. Jak w dobrej grze komputerowej można się poczuć jak na prawdziwej wojnie, gdy z helikoptera policyjnego wygłaszany jest apel o rozejście się tłumu, opuszczenie miejsca interwencji przez kobiety, dzieci i fotoreporterów, gdy do akcji wkraczają armatki wodne, gaz łzawiący, z jednej strony leci gumowa amunicja, a z drugiej kamienie, płyty chodnikowe, kubły na śmieci, fragmenty reklam, rusztowań, co tylko można znaleźć w dobrodziejstwie ulicznego inwentarza. W takich sytuacjach zdarza się, że granica sacrum przesuwa się z okna i progu mieszkania na linię płotu podwórka. Kamienice i śródmiejskie bloki stają się wspólnie bronionymi twierdzami. W bramach lub furtkach stają dozorcy i samozwańcze komitety, by strzec dostępu, jak Walentowa (Jadwiga Chojnacka) z miotłą i strażakiem, w uroczej scenie filmu Awantura o Basię z 1959 r.

Autor tekstu: Przemek Pawlak

Komentarze i oceny

Brak komentarzy
 

Dodaj komentarz

Zaloguj się tutaj


 -

Właściciel serwisu:                   Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright 2010-2017 © gdziebylec.pl – cała Polska w kieszeni           Developed by:   Projektowanie stron WWW